Listy z ojczyzny, której już nie ma. Jak odkryłem Oststernberger Heimatbriefe

Szukałem kiedyś informacji o pewnym mało znanym miejscu w okolicy. Polskich źródeł — jak to zwykle bywa przy takich poszukiwaniach — prawie nie było. Za to wśród wyników pojawiła się niemiecka strona, a na niej słowo, które nic mi wtedy nie mówiło: Oststernberger Heimatbrief. Kliknąłem — i tak zaczęła się przygoda, której efektem jest między innymi ten blog.

Czym są Heimatbriefe?

Żeby to wyjaśnić, trzeba cofnąć się do roku 1945. Sulęcin, Ośno, Torzym, Lubniewice i dziesiątki okolicznych wsi — do końca wojny tworzyły niemiecki powiat Oststernberg ze stolicą w Zielenzig, czyli dzisiejszym Sulęcinie. Jego mieszkańcy uciekli przed frontem lub zostali wysiedleni, a na ich miejsce przyjechali polscy osadnicy — zza Buga, z Wielkopolski, z centralnej Polski. Jedni stracili swoją małą ojczyznę, drudzy budowali ją tu od nowa.

Ci pierwsi nie zapomnieli. W 1951 roku dawni mieszkańcy powiatu założyli w Niemczech stowarzyszenie Heimatkreis Oststernberg e.V. — wspólnotę ludzi, których korzenie tkwiły w ziemi nad Postomią. Przez dziesięciolecia, trzy razy w roku, wydawali własne pismo: „Oststernberger Heimatbrief”, czyli dosłownie „list z ojczyzny”. Utrzymywali je wyłącznie z darowizn. W szczytowym okresie i jeszcze długo później stowarzyszenie liczyło około dwóch tysięcy członków rozsianych po całych Niemczech i świecie.

Ostatni numer ukazał się pod koniec 2016 roku. Pokolenie, które pamiętało przedwojenne Zielenzig, Drossen czy Königswalde, po prostu odeszło.

Oststernberger Heimatbrief, 01.2025

Co jest w środku? Więcej, niż się spodziewałem

Kiedy zacząłem przeglądać archiwalne numery, zaskoczyła mnie skala. To nie są nostalgiczne biuletyny z życzeniami urodzinowymi (choć listy jubilatów też tam są — i bywają bezcenne dla genealogów). To setki stron historii miejscowości, jakiej nie znajdziemy w żadnym polskim opracowaniu:

  • wspomnienia mieszkańców konkretnych wsi — jak wyglądała szkoła, kto prowadził sklep, gdzie stał młyn,
  • monografie miejscowości pisane przez ludzi, którzy się w nich urodzili,
  • relacje z ucieczki i wysiedleń zimą 1945 roku — poruszające świadectwa z pierwszej ręki,
  • stare fotografie i pocztówki, często jedyne zachowane zdjęcia budynków, których już nie ma,
  • opisy majątków ziemskich, linii kolejowych, kościołów i cmentarzy,
  • a z późniejszych roczników — relacje ze spotkań polsko-niemieckich, z wizyt dawnych mieszkańców w Sulęcinie, Krzeszycach czy Lubniewicach, ze wspólnego stawiania tablic pamiątkowych.

Czyta się to jak kronikę równoległej pamięci o tej samej ziemi. My znamy jej powojenną, polską historię — oni zapisali tę wcześniejszą. Dopiero razem te dwie opowieści tworzą całość.

Drugi impuls: reporter nad Postomią

Był jeszcze jeden moment, który przesądził o powstaniu tego bloga. Trafiłem na książkę Tadeusza Zimeckiego „Aleją Dobrej Nadziei” (Wydawnictwo Poznańskie, 1963) — zbiór reportaży z Ziemi Lubuskiej, w którym warszawski reportażysta opisał między innymi powojenny Sulęcin. Zimecki znał te strony nie z przelotnej wizyty: pod koniec lat 50. pracował w Zielonej Górze, organizując redakcję literacką tamtejszej rozgłośni Polskiego Radia, i jeździł po regionie jako dziennikarz.

Czytając jego relację z miasta nad Postomią sprzed sześćdziesięciu z górą lat, uświadomiłem sobie coś, co wydaje się paradoksem: te czasy — lata 40., 50. i 60. — są dziś opisane równie słabo jak epoka niemiecka. Wszyscy „wiemy”, że po wojnie przyjechali tu osadnicy. Ale jak konkretnie ludzie tu trafiali? Skąd przyjeżdżali, co zastali, jak wyglądały pierwsze zimy w poniemieckich domach, pierwsze szkoły, pierwsze żniwa? Z perspektywy dzisiejszych dni to fascynująca, wciąż niedostatecznie opowiedziana historia.

Okładka książki Tadeusza Zimeckiego

I tak domknęła się klamra tego bloga: z jednej strony Niemcy, wypędzeni ze swojej małej ojczyzny, którzy przez dekady spisywali jej pamięć w Heimatbriefach — z drugiej polscy osadnicy, którzy w tym samym czasie budowali tu życie od nowa i których początki też zasługują na zapisanie. Dwie społeczności, jedna ziemia, dwie pamięci. Obie są częścią historii miejsca, w którym mieszkamy.

Skarb, który leżał na widoku

Najciekawsze jest to, że te materiały wcale nie są ukryte. Wszystkie roczniki — od lat 70. do ostatnich numerów — zostały zeskanowane i są dostępna online, na stronie (oststernberg.de).

Nieznajomość języka niemieckiego była problemem w swobodnym czytaniu tych opracować. Znam niemiecki, na codziennie pracuję z Niemcami, jednak swobodne czytanie tekstów to coś innego.

Dziś ta bariera właściwie zniknęła. Skany można przeszukiwać, a narzędzia do automatycznego tłumaczenia sprawiają, że nawet osoba nieznająca niemieckiego jest w stanie zrozumieć wspomnienie o swojej wsi napisane pół wieku temu przez jej dawnego mieszkańca. To zmienia wszystko: pamięć, która przez dekady krążyła w zamkniętym obiegu, stała się dostępna także dla nas.

Po co ten blog

I właśnie temu ma służyć to miejsce. Będę tu publikował historie ludzi i miejsc dawnego powiatu Oststernberg — ziemi sulęcińskiej. Tej sprzed 1945 roku i tej powojennej, bo jedno bez drugiego nie ma sensu. Będę sięgał do Heimatbriefów i innych źródeł niemieckich, do polskich archiwów, opracowań i wspomnień, do starych map — a wszystkie opisywane miejsca znajdziecie na interaktywnej mapie, która będzie rosła razem z blogiem.

Pamięć osadników jest dziś dokładnie w tym samym punkcie, w którym pamięć dawnych mieszkańców była w latach 50.: jeszcze żywa, ale coraz bardziej krucha. Warto ją zapisać, zanim będzie za późno.

To pierwszy wpis. Kolejne — już wkrótce.

Dodaj komentarz