Sulęcin w 1850 roku. Historia pewnego stalorytu

Zanim wynaleziono fotografię — a właściwie zanim stała się ona powszechna — o tym, jak wyglądały miasta, opowiadały ryciny. Sulęcin miał szczęście: trafił do jednego z najciekawszych wydawnictw graficznych swojej epoki. Dziś przyjrzymy się z bliska panoramie „Zilenzig” — najstarszemu szeroko znanemu widokowi naszego miasta.

Album dla Brandenburgii, robiony w Hamburgu i Monachium

W połowie XIX wieku Europę ogarnęła moda na albumy widoków. Rozwijająca się klasa mieszczańska chciała oglądać — i wieszać na ścianach — panoramy miast, zamków i „malowniczych okolic”. Odpowiedzią wydawców były serie rycin sprzedawane w prenumeracie, zeszyt po zeszycie.

Jedną z takich serii było „Brandenburgisches Album” — zbiór widoków miast, budowli i pomników Marchii Brandenburskiej, do której należał wówczas Sulęcin. Co ciekawe, za przedsięwzięciem nie stał wcale wydawca pruski, lecz hamburski: B. S. Berendsohn, który wyrobił sobie markę podobnym „Hamburger Album” i postanowił powtórzyć sukces na brandenburskim rynku. Album ukazywał się od 1850 roku w dwudziestu zeszytach po trzy plansze każdy — łącznie 60 widoków; drugie wydanie zebrano w 1860 roku. Kluczowi dla całego przedsięwzięcia byli subskrybenci: to ich przedpłaty finansowały produkcję, a listę prenumeratorów wydawca z dumą drukował w albumie.

Zielenzig (Kr. Oststernberg): Stadtansicht von Westen (Brandenburgisches Album, Blatt 41)

Produkcja była — jak na swoje czasy — nowoczesna i podzielona niczym w manufakturze. Po kraju jeździł rysownik i szkicował widoki z natury. Jego rysunki wędrowały następnie do Monachium, gdzie wyspecjalizowana pracownia rytownicza przenosiła je na płyty. I tu ważny szczegół techniczny: nie były to już płyty miedziane, lecz stalowe. Staloryt, który w drugiej ćwierci XIX wieku wyparł szlachetny miedzioryt, miał jedną decydującą zaletę — twarda płyta wytrzymywała tysiące odbitek zamiast kilkuset. To właśnie staloryt umożliwił masową produkcję tanich, precyzyjnych widoków miast. (Nawiasem mówiąc: do dziś wszystkie takie ryciny nazywa się potocznie „miedziorytami” — sam długo tak myślałem o sulęcińskiej panoramie.)

Sulęcin w dobrym towarzystwie

Warto uświadomić sobie, obok czego zawisło nasze miasto. Na 60 planszach albumu królują Berlin i Poczdam: Brama Brandenburska, Zamek Królewski, Sanssouci, Muzeum na dzisiejszej Wyspie Muzeów. A między tymi ikonami — panoramy miast prowincji, w tym całkiem sporo miejscowości leżących dziś w Polsce: Krosno Odrzańskie (Crossen), Kostrzyn (Cüstrin), Gorzów (Landsberg), Świebodzin (Schwiebus), Sulechów (Züllichau), Żary (Sorau), Chojna (Königsberg in der Neumark), Gubin — i właśnie Zielenzig. Małe, czterotysięczne miasteczko nad Postomią znalazło się w jednym albumie z rezydencjami Hohenzollernów. Dla ówczesnych sulęcinian musiał to być powód do niemałej dumy.

A najlepsze zostawiłem na koniec tej sekcji: album zachował się wraz z listą subskrybentów — wykazem osób, które przedpłatą sfinansowały wydanie. I jest na niej Zielenzig! Pod nagłówkiem miasta figuruje pięciu prenumeratorów:

  • Bocksammer, aptekarz (Pharmaceut),
  • Diesener, mistrz ciesielski (Zimmermeister),
  • Ebers, właściciel majątku w Rauden — czyli w dzisiejszej Rudnicy,
  • Münchhof, mistrz murarski (Maurermeister),
  • von Sydow, porucznik (Premierlieutenant).

Pięć nazwisk, a jaki obraz! Aptekarz, dwóch mistrzów rzemiosła budowlanego, ziemianin i oficer — oto miejscowa elita, którą stać było na prenumeratę luksusowego albumu i która chciała mieć „swoje” miasto na ścianie, obok pałaców Poczdamu. Nazwisko von Sydow każe nadstawić ucha — tak nazywał się stary ród szlachecki obecny od wieków w Brandenburgii i Nowej Marchii — ale czy nasz porucznik należał do jego okolicznych linii, czy był tu tylko przelotem na służbie, musiałyby rozstrzygnąć dalsze kwerendy. Ciekawe też, czy pozostałe rodziny figurują w późniejszych księgach adresowych miasta — Bocksammer, Diesener i Münchhof na pewno warto sprawdzić przy okazji kolejnych poszukiwań. Jeśli ktoś z Czytelników natknął się na te nazwiska — dajcie znać w komentarzach.

Ludzie za ryciną

Julius Gottheil (1810–1868), autor rysunku, to postać, która powinna być nam szczególnie bliska — urodził się w Lesznie (wówczas Lissa), w Wielkopolsce, w rodzinie kupieckiej. Jego życiorys to gotowy materiał na powieść: pod koniec lat 20. XIX w. osiadł w Gdańsku, gdzie prowadził własną drukarnię litograficzną przy Długim Targu; w latach 1850–1864 działał w Hamburgu, pracując dla wydawcy Berendsohna — i właśnie wtedy, w połowie lat 50., objechał prowincję brandenburską, rysując z natury miasta do „Brandenburgisches Album”. Jego widoki, choć artystycznie skomponowane, cenione są za wierność szczegółu — a oryginalne szkice, w tym rysunek Sulęcina, zachowały się do dziś w Gabinecie Rycin hamburskiej Kunsthalle. Warto to sobie uświadomić: około 1855 roku Gottheil naprawdę stał na wzgórzu na zachód od miasta, patrzył na Sulęcin i rysował to, co widział.

Ciekawostka, w której kryje się cała ironia epoki: człowiek, który dokumentował miasta rysunkiem, dożył triumfu fotografii — i sam się do niej przekonał. W latach 60. Gottheil wrócił nad Bałtyk i założył z synami zakłady fotograficzne: w 1864 r. w Gdańsku, a w 1866 r. w Królewcu, gdzie zmarł dwa lata później. Atelier „Gottheil & Sohn” fotografowało potem Prusy przez trzy pokolenia, aż do końca II wojny światowej, a syn Louis Emil dosłużył się tytułu fotografa nadwornego cesarza. Rysownik naszej panoramy stoi więc dokładnie na granicy dwóch epok obrazowania świata — jego staloryt to jedno z ostatnich „zdjęć” Sulęcina wykonanych ołówkiem.

Ryt wykonali Johann Poppel (1807–1882) i Georg Michael Kurz (1815–1883) — monachijscy rytownicy-reprodukcjoniści, pracujący już niemal fabrycznie, z pomocą technicznych udogodnień, dla wielu wydawców naraz. Ich sygnatura „Poppel u. Kurz sc.” (sculpsit — „wyrył”) widnieje w prawym dolnym rogu ryciny; po lewej podpisał się rysownik: „J. Gottheil del.” (delineavit — „narysował”). Pośrodku numer planszy: 41.

Co widać na rycinie?

Panorama ukazuje Sulęcin od zachodu — i jest to widok zaskakująco czytelny także dla dzisiejszego mieszkańca.

Miasto leży w dolinie Postomii, wciśnięte między łąki na pierwszym planie a łagodne wzgórza porośnięte sadami. Ta topografia nie zmieniła się do dziś — Sulęcin nadal „siedzi” w tej samej niecce. Nad zabudową górują dwie budowle. Pierwsza to kościół św. Mikołaja z masywną zachodnią wieżą i wysokim dachem — ta sama fara, która dominuje nad miastem od średniowiecza. Druga to ratusz: trójkondygnacyjny, zwieńczony krenelażem (ozdobnym „blankowaniem” jak na zamku), ukończony w 1850 roku — czyli w chwili powstania ryciny budynek był nowiutki. Gottheil uwiecznił go być może w pierwszych miesiącach istnienia; trudno oprzeć się wrażeniu, że świeżo wzniesiony, modny gmach był jednym z powodów, dla których Sulęcin w ogóle trafił do albumu.

Na pierwszym planie, jak nakazywała konwencja epoki, artysta umieścił sztafaż — drobne figurki ludzi ożywiające scenę. Warto też wiedzieć, że seria miała swoje schematy: miasta pokazywano z dystansu, w krajobrazie, chętnie z pierwszymi oznakami uprzemysłowienia — kominami, z których dym konsekwentnie wieje z lewa na prawo, „w kierunku czytania”. Sulęcin lat 50. XIX wieku był miastem tkaczy i młynów, liczącym około 4,5 tysiąca mieszkańców; na kolej poczeka jeszcze cztery dekady (1890). Rycina zatrzymuje go w ostatnim momencie przedindustrialnej epoki.

Dla nas ta panorama ma jeszcze jedno, gorzkie znaczenie. W maju 1945 roku centrum Sulęcina spłonęło — zniszczeniu uległa około połowa zabudowy śródmieścia. Rycina Gottheila pokazuje więc miasto, którego znaczna część istnieje już tylko na papierze. Tym cenniejszy to dokument.

Gdzie zobaczyć rycinę?

Oryginalne odbitki plansz „Brandenburgisches Album” do dziś krążą po antykwariatach graficznych (ceny zwykle od kilkudziesięciu euro). Wysokiej jakości skan naszej panoramy przechowuje archiwum Landesgeschichtliche Vereinigung für die Mark Brandenburg — i właśnie jego reprodukcję widzicie powyżej. A jeśli ktoś ma ochotę na eksperyment: warto wydrukować rycinę, stanąć z nią na zachodnim skraju miasta i poszukać punktu, z którego rysował Gottheil.

Staloryt w wysokiej rozdzielczości — wraz z pozostałymi planszami albumu, spisem treści i listą subskrybentów — można obejrzeć na stronie Martina Janecke, który zdigitalizował całe wydawnictwo. Drugi skan, z archiwum Landesgeschichtliche Vereinigung für die Mark Brandenburg, znajduje się w serwisie museum-digital.

Dodaj komentarz