Wśród zbiorów berlińskiego archiwum Landesgeschichtliche Vereinigung für die Mark Brandenburg kryje się niepozorny karton o wymiarach 34,2 na 22,7 centymetra. Czterobarwny druk, secesyjne ramki, złoty medalion z portretem brodatego starca, a nad wszystkim wielki napis: EHRENURKUNDE — dyplom honorowy. Poniżej ktoś wpisał piórem, starannym niemieckim pismem:
Turner Fritz Kopp zdobył na Bergfeście w Lagow, 10 września 1922 roku, w biegu na 800 m pierwszą nagrodę.
I dalej rubryka: Zeit — czas. Pusta. Nikt nigdy nie wpisał, z jakim wynikiem Fritz Kopp wygrał swój bieg. Może sekundomierz zawiódł, może sędzia zapomniał, może po prostu nikomu na prowincjonalnym festynie nie zależało na rekordach. Ta pusta rubryka jest jednak najlepszym punktem wyjścia do opowieści o świecie, którego już nie ma — o niemieckim Lagow, dzisiejszym Łagowie w Lubuskiem, i o osobliwej tradycji „świąt na górze”.
Starzec w medalionie
Zacznijmy od brodacza spoglądającego z górnej części dyplomu. To Friedrich Ludwig Jahn (1778–1852), w Niemczech znany powszechnie jako Turnvater — „ojciec gimnastyki”. W czasach okupacji napoleońskiej Jahn doszedł do wniosku, że upokorzone Prusy odrodzą się tylko dzięki tężyźnie fizycznej młodego pokolenia. W 1811 roku otworzył pod Berlinem pierwszy publiczny plac gimnastyczny (Turnplatz) na błoniach Hasenheide, a stworzony przez niego ruch turnerski — od niemieckiego turnen, gimnastykować się — stał się czymś znacznie więcej niż sportem: mieszanką kultury fizycznej, patriotyzmu i idei wspólnoty, w której obywatele wszystkich stanów mieli spotykać się jak równy z równym.
Jahn, Friedrich Ludwig (1778-1852)
Losy samego Jahna były burzliwe — po wojnach napoleońskich trafił do więzienia jako podejrzany politycznie demokrata, a gimnastyka na lata objęta została w Prusach zakazem (tzw. Turnsperre). Ale właśnie ta aura męczennika sprawiła, że po śmierci Jahn stał się świeckim świętym niemieckiego sportu. Jego portret — z charakterystyczną długą brodą — zdobił sztandary, pomniki i tysiące dyplomów, takich jak ten łagowski. Wieńce laurowe i sylwetka antycznej świątyni na naszym dyplomie dopełniają ikonografii: turnerzy chętnie odwoływali się do greckiego ideału harmonii ciała i ducha. Jak żywy był ten kult w samym Lagow, pokazuje fotografia z obchodów 700-lecia miasteczka w lipcu 1927 roku: w wielkim pochodzie jubileuszowym jechał na wozie konnym… Turnvater Jahn we własnej osobie — a raczej przebrany za niego turner. Brodacz z dyplomu zszedł z papieru i przejechał ulicami miasteczka. Pochód, w którym obok „Jahna” jechali konno rycerze w joannickich płaszczach, a maszerowała także delegacja Männerturnvereinu, trafił zresztą za pośrednictwem agencji prasowych do gazet w całych Niemczech — relację ze zdjęciem korowodu wydrukowała trzy dni później nawet gazeta z nadreńskiego Moers, ponad sześćset kilometrów od Lagow, pod tytułem godnym miasteczka: „Obchody 700-lecia najmniejszego miasta Prus”.
Skąd się wzięły „święta na górze”
Bergfest albo Bergturnfest — dosłownie „święto górskie” lub „górskie święto gimnastyczne” — to zjawisko o zaskakująco politycznym rodowodzie. W czasach napoleońskich na niemieckich szczytach odbywały się zakazane zgromadzenia patriotyczne, a po Bitwie Narodów pod Lipskiem w 1813 roku rozpalano na górach widoczne z daleka ogniska zwycięstwa. Kiedy kilkadziesiąt lat później ruch turnerski szukał formuły dla swoich plenerowych zlotów, wybór padł naturalnie na wzniesienia — miejsca naznaczone pamięcią i, co praktyczne, oferujące piękny widok oraz naturalną widownię na zboczach.
Pierwsze festyny tego typu pojawiły się już w pierwszej połowie XIX wieku. Do najstarszych zachowanych do dziś należy Elm-Bergturnfest w Dolnej Saksonii, organizowany od 1866 roku, kiedy to gimnastycy z Brunszwiku i okolic po wspólnej wędrówce w góry Elm postanowili urządzać tam coroczne zawody na świeżym powietrzu. Sama idea wyprzedzała epokę: rywalizacja o zwycięstwo, a nie tylko zaliczanie minimów, była wówczas w gimnastyce nowością.
Co ważne, Bergfesty od początku miały charakter otwarty i ludowy. Nie były to elitarne mistrzostwa, lecz całodniowe festyny, na które obok gimnastyków ściągali śpiewacy z towarzystw chóralnych, strzelcy z bractw kurkowych, wędrowcy, studenci i całe rodziny z okolicznych miejscowości. Zawody sportowe przeplatały się z pokazami, przemowami, wspólnym śpiewem, a wieczorem — z tańcami i piwem. Powojenne wydawnictwo turnerskie ujmowało to tak: bergfesty to „święta o charakterze ludowym, wettkampfowe, ale odbywane z dala od pośpiechu codzienności, w miejscach szczególnie pięknych krajobrazowo lub ważnych historycznie”.
Jak gęsta była ta tkanka stowarzyszeń, pokazują wspomnienia z Alt Limmritz — niewielkiej wsi tego samego powiatu Oststernberg. Działały tam jednocześnie: towarzystwo śpiewacze, bractwo strzeleckie, ochotnicza straż pożarna, chór kościelny oraz Turnverein, który ćwiczył w sali tanecznej miejscowej gospody. Wiejskie kluby gimnastyczne nie miały przecież własnych hal — zimą trenowało się między stołami karczmy, a latem wyjeżdżało na festyny w plener, często rowerami, objeżdżając imprezy w promieniu kilkunastu kilometrów.
I jeszcze jedno: festyn był instytucją nie tylko sportową, ale i matrymonialną. W tych samych wspomnieniach córka spisała opowieść matki o tym, jak na święcie śpiewaczym w sąsiedniej wsi poznała przyszłego męża — wieczorem, na tańcach, gdy przy „damskiej wybierance” inne panny biegły do przystojnego kawalera, a ona spokojnie zapytała, czy może prosić o następny taniec. Kilka dni później przyszedł list. Sportowa rywalizacja wypełniała tylko połowę festynowego dnia; druga połowa należała do orkiestry i parkietu — i to tam rozstrzygały się sprawy ważniejsze niż wyniki biegów. Kto wie, czy i pierwsza nagroda Fritza Koppa nie zrobiła tego wieczora wrażenia na którejś z panien przyglądających się tańcom.
Jak wyglądał taki mały Turnverein od środka, pokazuje zbiorowa fotografia z Königswalde — dzisiejszych Lubniewic, oddalonych od Lagow o niespełna dwadzieścia kilometrów — wykonana około 1915–1918 roku przez miejscowego fotografa Waltera Pinschkego i opublikowana po latach w biuletynie ziomkostwa z prośbą do czytelników o rozpoznanie twarzy. Około trzydziestu mężczyzn: młodzi gimnastycy w białych strojach turnerskich przepasanych ciemnymi pasami — klasycznym „mundurze” ruchu Jahna — a między nimi starsi panowie w garniturach, zapewne zarząd i członkowie honorowi. Wśród spisanych z pamięci nazwisk, obok rzemieślniczych Höpfnerów, Päschków i Noacków, siedzi kantor Furchbar — miejscowy organista. Cały przekrój małomiasteczkowej społeczności w jednym kadrze, dokładnie tak, jak chciał Jahn: wszystkie stany w jednym szeregu. Zdjęcie zrobiono w środku wojny — a kilka lat później część z tych twarzy mogła stać na starcie w Lagow, bo Bergfesty ściągały kluby z całego okręgu.
Co się działo na starcie
Trzonem sportowym takich festynów było tzw. volkstümliches Turnen — „gimnastyka ludowa”, czyli w praktyce to, co dziś nazwalibyśmy lekkoatletyką. Na siostrzanych imprezach w Hesji czy Dolnej Saksonii rozgrywano skok w dal, skok wzwyż, pchnięcie kamieniem lub kulą oraz biegi na różnych dystansach — od sprintów po biegi przełajowe. Do tego dochodziły konkurencje typowo turnerskie na przyrządach oraz, zależnie od lokalnych warunków, dyscypliny osobliwe: przeciąganie liny, wspinaczka, sztafety terenowe.
Bieg na 800 metrów, w którym triumfował Fritz Kopp, był klasyką tego repertuaru — dystans wymagający i szybkości, i wytrzymałości, efektowny dla publiczności zgromadzonej wokół łąki służącej za bieżnię. Bo trzeba pamiętać: to nie były tartanowe stadiony. Biegano po wydeptanych ścieżkach, łąkach i leśnych duktach; na Elm-Bergturnfest pierwszą splantowaną, stumetrową bieżnię zbudowano dopiero w 1928 roku — wcześniej biegano po nierównych drogach leśnych, co groziło kontuzjami.
Jeszcze jedno zaskoczy dzisiejszego czytelnika: w 1922 roku był to świat niemal wyłącznie męski. Na wielu bergfestach kobiety i dziewczęta dopuszczono do startu dopiero na początku lat trzydziestych. Fritz Kopp ścigał się więc w stawce samych mężczyzn, a panie oglądały bieg zza linek.
Turnwart i Gauturnwart, czyli kto to wszystko podpisał
Na dole dyplomu widnieją dwa podpisy: Aschmansky jako Turnwart i Berger jako Gauturnwart. Te tytuły zdradzają całą strukturę organizacyjną. Niemiecki ruch gimnastyczny zrzeszony był w Deutsche Turnerschaft (DT) — największym związku sportowym ówczesnych Niemiec, liczącym miliony członków. Związek dzielił się na okręgi (Kreise), te zaś na podokręgi zwane Turngau. Turnwart był opiekunem sportowym klubu, Gauturnwart — całego podokręgu. Obecność obu podpisów sugeruje, że łagowski Bergfest nie był lokalną imprezką jednego klubu, lecz oficjalnymi zawodami rangi okręgowej, na które zjeżdżali gimnastycy z okolicznych miasteczek — z Zielenzig (Sulęcina), Schwiebus (Świebodzina), może i z Frankfurtu nad Odrą.
Gospodarza znamy z imienia. W 1920 roku — a więc zaledwie dwa lata przed naszym biegiem — powstał w miasteczku Männerturnverein Lagow e.V., Męskie Towarzystwo Gimnastyczne. Bergfest z września 1922 roku był więc imprezą klubu-debiutanta, młodego i najwyraźniej niezwykle energicznego. Towarzystwo przetrwało zresztą lata — w biuletynie ziomkostwa dawnych mieszkańców powiatu Oststernberg zachowało się wspomnienie, w którym syn przywołuje opowieści ojca, występującego jako reprezentant tego towarzystwa w wielkim pochodzie podczas obchodów 700-lecia Łagowa w lipcu 1927 roku.
A podpisany na dyplomie Turnwart Aschmansky? Najpewniej był miejscowym. W powojennych listach członków ziomkostwa figuruje pochodząca z Lagow Ruth Quesnel z domu Aschmanski — nazwisko rzadkie na tyle, że trudno o przypadek. Opiekunem sportowym młodego klubu był więc, jak się zdaje, człowiek z łagowskiej rodziny, której potomkowie jeszcze dziesiątki lat po wysiedleniu pielęgnowali pamięć o miasteczku.
Lagow, rok 1922
A samo miejsce? Lagow — 125 domów i 799 mieszkańców według prasy z 1927 roku, która tytułowała je „najmniejszym miastem Prus” — wkrótce miało utracić prawa miejskie na rzecz statusu Luftkurortu, uzdrowiska klimatycznego. Było perłą powiatu Oststernberg: miniaturową osadą ściśniętą między dwoma jeziorami, z zamkiem joannitów i średniowiecznymi bramami. Przed pierwszą wojną światową przeżywało prawdziwy boom letniskowy. Otwarta w 1909 roku linia kolejowa z Toppera do Meseritz, z wielkim wiaduktem, który stał się drugim symbolem miasteczka, ściągnęła falę letników, głównie z Berlina. Rosnąca liczba kuracjuszy wymusiła budowę hoteli — „Deutsches Haus” rodziny Heinrichów w centrum, „Hotel am See” piwowara Schulza (przejętego później przez mistrza Europy w zapasach Leo Pinetzkiego — sport najwyraźniej lgnął do tego miasteczka) i eleganckiego „Schwarzer Adler”. Powstawały pierwsze pensjonaty, a do 1912 roku liczba mieszkańców niemal się podwoiła.
Rok 1920 przyniósł Lagow dwa nowe znaki czasu — i wymowne jest, jak blisko siebie stanęły. Przy wejściu do Tiergartenu, dawnego zwierzyńca komturii, odsłonięto pomnik poległych w pierwszej wojnie światowej. I w tym samym roku grupa mężczyzn — zapewne w większości weteranów tej samej wojny — założyła Männerturnverein Lagow e.V. Żałoba i sportowe odrodzenie rosły obok siebie, na tym samym wzgórzu. Przez następne dwa lata członkowie klubu własnymi rękami, w czynie społecznym, zbudowali na Tiergartenhöhe — Zwierzynieckiej Górce — boisko sportowe i plac do gier, a nad wschodnim brzegiem jeziora Tschetsch (dziś Ciecz, zwane też Trześniowskim) kąpielisko nazwane później „Turnerbadeanstalt”, kąpieliskiem gimnastyków. We wspomnieniach dawnych mieszkańców zachował się jego wieloletni ratownik, „Opa Sommer”, u którego kolejne pokolenia łagowskich dzieci uczyły się pływać w nadmuchanych dętkach samochodowych. Klubowi i tego było mało — kilkanaście lat później turnerzy, znów własnymi siłami, postawili w miasteczku halę gimnastyczną.
I tu domyka się nasza układanka: Bergfest z 10 września 1922 roku rozegrano niemal na pewno właśnie na świeżo ukończonym boisku na Tiergartenhöhe. Możliwe wręcz, że była to jedna z pierwszych — jeśli nie pierwsza — dużych imprez na nowym obiekcie, uroczyste zwieńczenie dwóch lat pracy łopatami. Fritz Kopp biegłby wówczas swoje 800 metrów po bieżni, którą on sam i jego koledzy klubowi być może niedawno ubijali własnymi rękami.
Warto na koniec spojrzeć na datę. Wrzesień 1922: cztery lata po przegranej wojnie, w młodej i chwiejnej Republice Weimarskiej, w kraju, w którym inflacja właśnie zaczynała galopować ku katastrofie roku następnego. Marka traciła wartość z tygodnia na tydzień, a mimo to — a może właśnie dlatego — ludzie tłumnie ciągnęli na plenerowe festyny. Bergfest nie kosztował wiele: wystarczyła łąka, kilka chorągiewek, orkiestra i drukowane hurtowo dyplomy z podobizną Jahna, w które wpisywało się piórem nazwisko zwycięzcy. W czasach, gdy oszczędności całego życia potrafiły stopnieć w kilka miesięcy, taki karton z laurowym wieńcem był nagrodą trwalszą niż jakakolwiek premia pieniężna. I rzeczywiście — przetrwał ponad sto lat.
Epilog: ciągłość miejsca
O samym Fritzu Koppie nie wiemy nic więcej. Nie znamy jego wieku, zawodu ani dalszych losów — a historia regionu podpowiada, że mogły być dramatyczne. W 1945 roku front oszczędził łagowski zamek i miasteczko, ale nie jego mieszkańców: niemiecka ludność uciekła lub została wysiedlona, a Lagow stał się Łagowem, zasiedlonym przez polskich osadników.
Jest jednak w tej historii nić ciągłości, która wykracza poza państwa i języki. Łagów pozostał miejscem festynów. Od 1969 roku w cieniu zamku joannitów odbywa się Lubuskie Lato Filmowe — najstarszy festiwal filmów fabularnych w Polsce — a co lato nad jeziora zjeżdżają tysiące ludzi na zloty i koncerty. Amfiteatr, plenery, tłum przyjezdnych, muzyka niosąca się nad wodą — i kąpieliska nad tymi samymi jeziorami, nad którymi sto lat temu turnerzy budowali swoją „Turnerbadeanstalt”. Gdyby Fritz Kopp mógł dziś stanąć na Zwierzynieckiej Górce, rozpoznałby przynajmniej jedno: to miasteczko po prostu jest stworzone do świętowania pod gołym niebem.
A pusta rubryka Zeit na jego dyplomie niech pozostanie tym, czym jest — drobnym, ludzkim niedopatrzeniem sprzed wieku, dzięki któremu zwycięski bieg na 800 metrów trwa, w pewnym sensie, do dziś.
Dyplom honorowy Fritza Koppa znajduje się w zbiorach Landesgeschichtliche Vereinigung für die Mark Brandenburg e.V. w Berlinie (museum-digital.de/object/117673). Przy pisaniu korzystałem m.in. ze wspomnień Helmuta Sommera o 750-leciu Lagow („Oststernberger Heimatbrief” 3/2001) i innych biuletynów Oststernberger Heimatbrief (oststernberg.de), relacji prasowej „700 Jahrfeier der kleinsten Stadt Preußens” („Der Grafschafter. General-Anzeiger für Mörs, Homberg und den Niederrhein”, nr 167 z 13 VII 1927, s. 3; egzemplarz w Deutsches Zeitungsportal, deutsche-digitale-bibliothek.de), opracowań o tradycji Bergturnfestów (de.wikipedia.org: „Bergturnfest”, „Elm-Bergturnfest”, „Jahn-Bergturnfest”) oraz literatury o historii Łagowa.